forsa.pl
pieniądze, gospodarka, życie. po prostu
forsa.pl

Walka z bezrobociem - jak walka z wiatrakami?

Podziel się Tweetnij Udostępnij

Według danych GUS stopa bezrobocia na koniec kwietnia wyniosła 7,7 proc. i była najniższa 26 lat. W wielu sektorach gospodarki mówi się już wręcz o niemal katastrofalnym braku "rąk do pracy" - czyli pracy jest więcej niż chętnych. Jednocześnie zupełnie nie przeszkadza to rządowi wydawać grubo ponad 4 000 000 000 (czterech miliardów!) złotych na zasiłki dla bezrobotnych i rozmaite programy "aktywnego" przeciwdziałania bezrobociu (głównie szkolenia, dofinansowanie rozpoczęcia działalności i tzw. doposażenie stanowiska pracy). Dodatkowo na utrzymanie samych "Urzędów Pracy" wydajemy 500 000 000 (pięćset milionów) złotych rocznie! Dla porównania to ponad połowa kwoty wydawanej z budżetu na lekarzy tzw. "pierwszego kontaktu" (do których ciągle są kolejki).

W obecnej sytuacji ciężko określić to inaczej, niż koszmarne marnotrawstwo pieniędzy zabranych podatnikom. Co gorsze, pieniądze te nie są tylko marnowane, ale używane są do demoralizowania ludzi (jak inaczej nazwać proceder płacenia za niepracowanie?). Daje to z resztą efekty, gdyż wśród obecnie bezrobotnych niemal połowa to ludzie niezainteresowani podjęciem jakiejkolwiek stałej pracy.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że pieniądze marnowane na walkę z bezrobociem, którego prawie nie ma (tam gdzie jest, wynika zwykle z niechęci ludzi do przekwalifikowania/przemieszczenia za pracą), zdobywane są poprzez obciążanie dochodów ludzi pracujących. Co oznacza, że Ci faktycznie pracujący (a więc wytwarzający PKB) są de facto karani za pracę, a Ci niepracujący nagradzani za nic-nie-robienie. Co więcej, obciążenie podatkami bezpośrednio dochodów powoduje, że najsłabiej wykwalifikowani nie są w stanie znaleźć pracy, która była by więcej warta niż ich płaca (a jakby tego było mało, obowiązuje jeszcze płaca minimalna!).

Najrozsądniejszym wyjściem było by więc zaprzestanie bezsensownej "walki z bezrobociem" i w konsekwencji zmniejszenie podatków (najlepiej dochodowych). Czy jednak możliwe jest "odebranie" przyznanego kiedyś "przywileju", który tak głęboko wniknął do świadomości ludzkiej? To oznaczało by przecież także zmniejszenie wpływu Państwa na życie obywateli, a więc i uniezależnienie wyborców od polityków, więc obawiam się, że szanse są raczej marne. Jedyna nadzieja, to poszukiwanie przez rząd pieniędzy na "ważniejsze cele" - niestety zapewne także związane z "rozdawnictwem".


Bądź na bieząco

ATOM

Kontakt